Dziś chciałbym zabrać Was na inną półkulę, do pięknego kraju, jakim jest Wenezuela. W ostatnim czasie znów zrobiło się o niej głośno — głównie za sprawą gróźb i presji ze strony Stanów Zjednoczonych. Nie będziemy jednak zastanawiać się nad tym, czy dojdzie do otwartego konfliktu. Zamiast tego spróbujemy odpowiedzieć na inne pytanie: jak doprowadzono do ruiny państwo, które posiada największe potwierdzone rezerwy ropy naftowej na świecie?
To historia nie tylko o złych decyzjach wewnętrznych, lecz także o geopolityce, uzależnieniu od surowców i presji zewnętrznej, która potrafi złamać nawet najbogatsze kraje.
A więc po kolei. Cofnijmy się o blisko 70 lat, do czasu, gdy Wenezuela była zaliczana do ścisłego grona najbogatszych państw świata, a z pewnością do absolutnej czołówki Ameryki Łacińskiej.1 Jeszcze do początku lat 70. kraj ten mógł pochwalić się najwyższym poziomem PKB na mieszkańca w całej Ameryce Południowej — około dwa i pół raza wyższym niż średnia regionalna — oraz najwyższą stopą oszczędności w Ameryce Łacińskiej. Stolica Wenezueli – Caracas uchodziło wówczas za jedną z najbardziej nowoczesnych metropolii regionu, a Wenezuela była postrzegana jako państwo stabilne, z ambicjami rozwojowymi i realnym potencjałem, by dołączyć do grona krajów wysoko rozwiniętych.

Źródłem tego bogactwa było oczywiście wydobycie ropy naftowej, które już od pierwszej połowy XX wieku stanowiło fundament wenezuelskiej gospodarki. Globalny popyt na ten surowiec gwałtownie wzrósł w czasie II wojnie światowej oraz po jej zakończeniu, gdy świat Zachodu rozpoczął okres dynamicznej odbudowy i industrializacji. Ropa stała się podstawą nowoczesnych gospodarek, a Wenezuela — dzięki ogromnym, łatwo dostępnym złożom — niemal z dnia na dzień urosła do rangi jednego z kluczowych graczy na światowym rynku energii. Dochody z eksportu surowca płynęły szerokim strumieniem, zapewniając państwu stabilność finansową i polityczną, jakiej nie znała większość krajów regionu.
Kluczową postacią tego okresu był Juan Pablo Pérez Alfonso — jeden z głównych architektów wenezuelskiej polityki naftowej oraz współzałożyciel kartelu OPEC, który do dziś zrzesza największych producentów ropy naftowej na świecie. Jego wizją było przełamanie dominacji zachodnich koncernów energetycznych oraz wzmocnienie pozycji państw posiadających zasoby surowcowe wobec globalnych rynków i międzynarodowych korporacji. Co istotne, Pérez Alfonso już wtedy dostrzegał ryzyko nadmiernego uzależnienia gospodarki od jednego surowca, ostrzegając, że ropa może stać się dla Wenezueli zarówno źródłem bogactwa, jak i przyszłego kryzysu.

W tamtym czasie wydobyciem ropy w Wenezueli zajmowały się przede wszystkim amerykańskie i brytyjskie koncerny naftowe, które działały w oparciu o długoterminowe umowy z państwem wenezuelskim. Funkcjonowały one jednak na warunkach, które z dzisiejszej perspektywy wydają się niemal niewyobrażalne: zyski z wydobycia były dzielone po równo — 50/50 — między firmy a rząd w Caracas. Model ten zapewniał państwu ogromne, stabilne dochody budżetowe i przez dekady pozwalał finansować szybki rozwój kraju, rozbudowę infrastruktury oraz ambitne projekty modernizacyjne. Jednocześnie Wenezuela, dzięki swojej pozycji energetycznej, zyskiwała realne znaczenie polityczne na arenie międzynarodowej, stając się ważnym partnerem i graczem w globalnym systemie gospodarczym.
Przez długi czas ten model funkcjonował zaskakująco dobrze. Dochody z ropy zapewniały stabilność finansową, szybki wzrost gospodarczy oraz relatywnie wysoki poziom życia, jakiego nie znała większość krajów regionu. Państwo mogło pozwolić sobie na ambitne projekty infrastrukturalne, rozbudowę aparatu administracyjnego i szerokie programy socjalne, a wysoki kurs waluty sprzyjał importowi tanich dóbr konsumpcyjnych. Wenezuela sprawiała wrażenie kraju nowoczesnego, stabilnego i odpornego na wstrząsy gospodarcze.

PKB per capita Wenezueli pokazuje klasyczny schemat „petro-państwa”: szybki wzrost w okresie wysokich cen ropy, długą stagnację oraz gwałtowne załamanie po 2013 roku
W latach 70. politycy uznali jednak, że skoro ropa jest fundamentem bogactwa kraju, powinna znaleźć się w pełni pod kontrolą państwa2. Pod hasłami suwerenności gospodarczej, sprawiedliwości społecznej i uniezależnienia się od zagranicznych koncernów podjęto decyzję o nacjonalizacji złóż ropy naftowej. W krótkim okresie ruch ten wydawał się logiczny i politycznie opłacalny — państwo przejmowało pełną kontrolę nad strategicznym sektorem, a dochody z ropy jeszcze przez pewien czas rosły. W dłuższej perspektywie był to jednak moment przełomowy, który zapoczątkował narastanie głębokich problemów strukturalnych.
Moim zdaniem, kluczowy błąd polegał na tym, że Wenezuela nie wykorzystała mądrze gigantycznych środków płynących z produkcji ropy naftowej. Zamiast inwestować je w dywersyfikację gospodarki, rozwój nowoczesnego przemysłu, rolnictwa czy kapitału ludzkiego, państwo coraz silniej uzależniało się od jednego źródła dochodu. Ropa finansowała bieżące wydatki, rozrost sektora publicznego i kolejne programy redystrybucyjne, ale nie tworzyła trwałych fundamentów wzrostu ani odporności na przyszłe kryzysy.
W efekcie niemal wszystkie pozostałe sektory gospodarki zostały stopniowo zmarginalizowane lub wręcz zniszczone. Rolnictwo nie poradziło sobie z napływem tanich towarów z zagranicy, wspieranych przez silną walutę i system dopłat. Przemysł tracił konkurencyjność, a prywatny kapitał był systematycznie wypierany przez państwo. Gdy ceny ropy utrzymywały się na wysokim poziomie, problem pozostawał niewidoczny i był politycznie wygodny. Gdy jednak w latach 80. ceny surowca zaczęły spadać, okazało się, że gospodarka oparta niemal wyłącznie na jednym filarze jest skrajnie podatna na wstrząsy i kryzysy.

Pogarszająca się sytuacja gospodarcza szybko przełożyła się na napięcia społeczne. Spadające dochody państwa, rosnące bezrobocie i obniżający się poziom życia uderzyły przede wszystkim w najuboższe warstwy społeczeństwa. Coraz więcej ludzi traciło poczucie stabilności, a zaufanie do dotychczasowych elit politycznych gwałtownie się załamało. W społeczeństwie narastało przekonanie, że system działa wyłącznie na korzyść wąskiej grupy uprzywilejowanych, co stworzyło podatny grunt dla radykalnych haseł i antysystemowej retoryki.
W tej atmosferze na polityczną scenę wkroczył Hugo Chávez — oficer wojskowy, który potrafił wykorzystać społeczną frustrację i przekuć ją w polityczny kapitał3. Zamieszki i chaos końca lat 80. oraz początku lat 90. uczyniły z niego symbol buntu przeciwko „staremu porządkowi”, elitom i zagranicznym interesom. Dla wielu Wenezuelczyków Chávez stał się ucieleśnieniem nadziei na realną zmianę i sprawiedliwość społeczną, co otworzyło mu drogę do władzy.

Początki jego rządów były dla dużej części społeczeństwa zaskakująco udane. Dzięki wysokim cenom ropy możliwe stało się sfinansowanie rozbudowanych programów społecznych. Poprawiono dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej, rozszerzono system edukacji oraz wprowadzono mechanizmy mające chronić najuboższe warstwy społeczeństwa przed skrajną biedą. W krótkim okresie realnie poprawiło to warunki życia milionów ludzi i zapewniło Chávezowi ogromne poparcie społeczne.
Co więcej, jego polityka społeczna zyskała uznanie części zachodnich polityków i komentatorów. W Europie Josep Manuel Barroso i Herman Van Rompuy chwalili Wenezuelę za osiągnięcia w rozwoju społecznym i integracji regionalnej.4 We Francji François Hollande wskazywał na „niezaprzeczalną wolę walki o sprawiedliwość i rozwój”. W Wielkiej Brytanii Jeremy Corbyn, ówczesny lider Partii Pracy, określał Cháveza jako inspirację w walce z neoliberalizmem i cięciami budżetowymi, a inni parlamentarzyści, tacy jak Diane Abbott czy John McDonnell, podkreślali, że wenezuelskie programy społeczne pokazywały, iż można inaczej walczyć z ubóstwem i nierównościami.
Dla części obserwatorów Chávez miał być dowodem, że socjalizm działa — oczywiście tak długo, jak długo państwo płynie na fali pieniędzy z surowców 😉
Chávez zaproponował nową konstytucję, która znacząco wzmocniła jego władzę. Wydłużono kadencję prezydenta, podporządkowano mu awanse w siłach zbrojnych, osłabiono rolę parlamentu oraz ograniczono mechanizmy kontroli i równowagi. Prezydent uzyskał również możliwość pośredniego wpływu na obsadę kluczowych instytucji państwowych, takich jak Sąd Najwyższy, Prokuratura Generalna czy urząd Kontrolera Państwowego. To był początek systematycznego skupiania władzy w jednym ośrodku.
Równolegle prezydent coraz bardziej nieufnie patrzył na państwowy koncern naftowy, który zachował znaczną autonomię i był zarządzany przez technokratów, a nie politycznych zwolenników. Dla Cháveza niezależność tak kluczowej instytucji była nie do zaakceptowania — ropa miała służyć nie tylko gospodarce, lecz przede wszystkim realizacji projektu politycznego i ideologicznego. To napięcie stało się jednym z głównych punktów zapalnych jego rządów i zapowiedzią znacznie głębszej ingerencji państwa w sektor naftowy.
Na początku XXI wieku stało się jasne, że Chávez i państwowa firma naftowa reprezentują dwa zupełnie różne podejścia do zarządzania ropą i jej zyskami. Spółka stawiała na długofalowe inwestycje, utrzymanie stabilnego wydobycia i modernizację infrastruktury. Chávez natomiast dążył do przejęcia nad nią pełnej kontroli i wykorzystania dochodów z ropy do realizacji swojego programu politycznego oraz wzmocnienia pozycji Wenezueli w OPEC.
Napięcia szybko narastały. Pracownicy i menedżerowie firmy stawiali opór, a narastające niezadowolenie społeczne budowało blok przeciwników prezydenta. W kwietniu 2002 roku demonstracje przerodziły się w zamieszki, a Chávez został tymczasowo odsunięty od władzy. Po zaledwie trzech dniach wrócił do pałacu prezydenckiego, lecz już wtedy było jasne, że zmieni kurs na ostrzejszy. Przeprowadził czystki w państwowej firmie naftowej, wyrzucając tysiące doświadczonych pracowników i całe kierownictwo. Koncern stracił specjalistów, know-how i zdolność inwestycyjną, stając się całkowicie podporządkowany prezydentowi — co w praktyce zapoczątkowało jego długotrwały upadek.

Załamanie wydobycia po 2014 roku nie wynikało z braku zasobów, lecz z problemów z zarządzaniem, braku inwestycji i odpływie kadr.
Od tego momentu Chávez coraz mocniej stawiał na socjalizm, populizm i konfrontacyjną retorykę antyzachodnią, a za każdy narastający problem obwiniał „imperialistów” i Stany Zjednoczone. Jedynie wysokie ceny ropy pozwalały mu przez pewien czas utrzymywać pozory sukcesu i finansować kolejne programy społeczne.
Ale okres surowcowego bogactwa nie trwał wiecznie. Wystarczył globalny kryzys finansowy w 2008 roku i spadek cen ropy, aby w budżecie państwa pojawiła się gigantyczna luka. Jednocześnie rząd kontynuował politykę nacjonalizacji prywatnych przedsiębiorstw, przejmując firmy, które wcześniej tworzyły miejsca pracy i generowały dochody. Do tego dochodziła powszechna korupcja oraz ogromne malwersacje finansowe, które drenowały państwowe zasoby. Takie działania nie tylko osłabiały gospodarkę, lecz także skutecznie odstraszały inwestorów zagranicznych, którzy zaczęli omijać Wenezuelę szerokim łukiem.

Po śmierci Hugo Cháveza władzę przejął Nicolás Maduro, jednak zamiast zapowiadanej stabilizacji kraj wszedł w fazę jeszcze głębszego rozpadu.5 Maduro nie tylko odziedziczył gospodarkę silnie uzależnioną od ropy i zdewastowaną przez lata złych decyzji, lecz także okazał się politykiem pozbawionym charyzmy i zdolności do zarządzania kryzysem. Wydobycie ropy systematycznie spadało — brakowało inwestycji, specjalistów i podstawowej infrastruktury — przez co wpływy do budżetu nie nadążały za rosnącymi wydatkami państwa. Jednocześnie rząd ratował się dodrukiem pieniądza, co błyskawicznie przełożyło się na galopującą inflację.
Z miesiąca na miesiąc podstawowe produkty — od żywności, przez środki higieny, aż po leki — stawały się coraz trudniej dostępne. Kontrole cen i reglamentacja zamiast chronić obywateli, pogłębiały chaos: towary znikały ze sklepów, a równolegle rozkwitał czarny rynek. Kryzys gospodarczy szybko przerodził się w kryzys społeczny i polityczny. Brakowało waluty, państwo coraz mocniej ingerowało w rynek, a przeciętni Wenezuelczycy musieli radzić sobie z codziennymi niedoborami, rosnącą przestępczością i rozpadem podstawowych usług publicznych.
W tych warunkach Wenezuela znalazła się pod realną presją międzynarodowych sankcji. Bezpośrednim impulsem były brutalnie tłumione protesty z 2014 roku, podczas których zginęło kilkadziesiąt osób, a tysiące zostały ranne lub zatrzymane. Równie istotne okazały się jednak wydarzenia po wyborach parlamentarnych w 2015 roku, które stały się momentem przełomowym dla wenezuelskiej demokracji.
Opozycja zdobyła wówczas konstytucyjną większość — aż dwie trzecie mandatów w Zgromadzeniu Narodowym.6 Dla Maduro była to polityczna klęska, której nie zamierzał zaakceptować. Wykorzystując podporządkowane sobie instytucje państwowe, doprowadził do serii decyzji Sądu Najwyższego, które w praktyce sparaliżowały parlament i de facto unieważniły wynik wyborów.
Chaos systematycznie się pogłębiał. W 2018 roku Wenezuela zamknęła rok z inflacją sięgającą blisko 1,7 miliona procent, dołączając tym samym do wąskiego grona państw z najwyższą inflacją w historii świata.7 Pieniądz tracił wartość z dnia na dzień, pensje i emerytury przestawały wystarczać na zakup podstawowych produktów, a oszczędności całych pokoleń zostały praktycznie wyzerowane.

Hiperinflacja nie była wypadkiem — była logicznym finałem wcześniejszych decyzji
Codziennością stały się dramatyczne niedobory żywności i leków. Sytuację dodatkowo komplikowały sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską, wymierzone przede wszystkim w sektor naftowy i najwyższych przedstawicieli władzy. Równolegle rząd zdecydował się na blokadę przejść granicznych, uniemożliwiając wjazd konwojów z międzynarodową pomocą humanitarną, co tylko pogłębiło dramat ludności cywilnej i spotęgowało międzynarodową izolację kraju.
Skala kryzysu szybko przełożyła się na masową emigrację, największą w historii współczesnej Ameryki Łacińskiej. Według szacunków ONZ od 2015 roku Wenezuelę opuściło około 3,4 miliona osób, głównie kierując się do Kolumbii, Peru, Chile i Brazylii.8 Dla wielu była to jedyna szansa na ucieczkę przed biedą, chaosem i brakiem perspektyw, a dla regionu — ogromne wyzwanie społeczne i polityczne.

Photo by roger kuzna on Unsplash
I tak dochodzimy do czasów współczesnych. Kryzys, który narastał przez dekady, w pełni ujawnił się pod rządami Nicolása Maduro. Wydobycie ropy spadało, wpływy do budżetu nie nadążały za rosnącymi wydatkami państwa, a brak inwestycji w infrastrukturę energetyczną i w kadry specjalistyczne pogłębiał problemy w kluczowym sektorze. Równolegle polityka nacjonalizacji przedsiębiorstw, korupcja i nieefektywne zarządzanie osłabiały gospodarkę, co skutkowało galopującą inflacją i dramatycznym spadkiem dostępności podstawowych produktów i leków.
Do tego doszły sankcje międzynarodowe, które dodatkowo ograniczały możliwość finansowania państwa i importu niezbędnych towarów. W praktyce skutkowało to całkowitą destabilizacją rynku: pojawił się niedobór produktów, rozkwitł rynek równoległy, a rządowe programy interwencyjne nie były w stanie zrekompensować problemów.
Dziś widać wyraźnie: polityka społeczna działa tylko wtedy, gdy gospodarka jest silna. Programy socjalne czy inwestycje publiczne mają sens, gdy państwo ma stałe dochody i działający sektor prywatny. Bez tego nawet najlepsze zamiary szybko kończą się kryzysem.

Photo by Andrés Silva on Pixabay
Gdybym dziś miał wskazać konkretne działania, od których zacząłbym odbudowę Wenezueli, pierwszym krokiem byłoby zerwanie z modelem państwa żyjącego z bieżącego przejadania dochodów z ropy. Wzorowałbym się na przykład na Norwegii i oddzielił sektor naftowy od bieżącej polityki, tworząc fundusz stabilizacyjny gromadzący nadwyżki z wydobycia. Dochody z ropy nie trafiałyby bezpośrednio do budżetu na bieżące wydatki, lecz byłyby inwestowane długoterminowo, tak aby chronić gospodarkę przed wahaniami cen surowców — dokładnie tego zabrakło w przypadku Wenezueli.
Drugim krokiem byłaby radykalna profesjonalizacja sektora naftowego. Nie zlikwidowałbym państwowej kontroli nad ropą, ale odebrałbym ją ludziom z nadania politycznego. Mamy przykład Arabii Saudyjskiej, która zarządzanie powierzyła technokratom, z jasno określonymi celami produkcyjnymi i inwestycyjnymi oraz otwartością na zagraniczny kapitał i technologie. Bez tego nie da się odbudować ani wydobycia, ani infrastruktury, która dziś znajduje się w stanie technicznej zapaści.
Trzecim elementem, który traktowałbym jako kluczowy, jest sama specyfika wenezuelskiej ropy. Znaczna jej część to ropa ciężka, wymagająca kosztownej rafinacji oraz dostępu do nowoczesnych technologii. W przeciwieństwie do Norwegii, która wydobywa lekką, łatwą w przetwarzaniu ropę, czy Arabii Saudyjskiej, która zbudowała własne zaawansowane moce rafineryjne, Wenezuela przez lata uzależniała się od zagranicznych instalacji i know-how. Dlatego jednym z moich priorytetów byłoby odbudowanie zdolności rafineryjnych i technologicznych — bez ideologii, za to z rachunkiem ekonomicznym.
Równolegle odszedłbym od socjalistycznego modelu gospodarki i dał więcej swobody przedsiębiorcom. Bez jasnych zasad, ochrony własności i stabilnego prawa żadna dywersyfikacja się nie uda. Firmy muszą wiedzieć, że mogą inwestować, rozwijać się i zarabiać bez strachu, że państwo w każdej chwili zmieni reguły gry. Dopiero wtedy rolnictwo, przemysł i usługi mogą realnie uniezależnić kraj od ropy.
A co wy myślicie na ten temat? Potraficie uwierzyć, że kraj z największymi złożami ropy dziś żyje na poziomie niektórych krajów afrykańskich, jak Liberia czy Zambia – i to nie przez wojnę czy konflikt zbrojny, lecz przez własne decyzje.
PS. Jesteśmy prawdopodobnie w przededniu kolejnego napięcia wokół Wenezueli. Stany Zjednoczone coraz częściej podkreślają, że kraj ten jest rzekomo powiązany z handlem narkotykami, określając go wręcz mianem ‘narkopaństwa’. Szczerze mówiąc, nie natrafiłem na jakieś dowody potwierdzające te oskarżenia. Trudno nie dostrzec w tym także elementu geopolitycznej presji — zwłaszcza że USA od ponad stu lat konsekwentnie uznają Amerykę Łacińską za swoją strefę wpływów. Ogromne rezerwy ropy oraz strategiczne położenie Wenezueli sprawiają, że temat ten staje się wygodnym pretekstem do wywierania nacisków.
- https://www.nationmaster.com/country-info/stats/Economy/GDP-per-capita-in-1950 ↩︎
- https://venezuelanalysis.com/analysis/74/ ↩︎
- https://www.britannica.com/biography/Hugo-Chavez ↩︎
- https://reason.com/2013/03/06/european-politicians-praise-venezuelas-s/ ↩︎
- https://www.bbc.com/news/world-latin-america-36319877 ↩︎
- https://www.bbc.com/news/world-latin-america-35033778 ↩︎
- https://www.bloomberg.com/news/articles/2018-10-09/venezuela-s-2018-inflation-to-hit-1-37-million-percent-imf-says ↩︎
- https://news.un.org/en/story/2019/02/1033361 ↩︎



Dodaj komentarz